Szkolny Almanach Tekstów - Karolina Gembara

MFF Kwadrat, I rok

Praca zaliczeniowa
w ramach przedmiotu Autorskie koncepcje fotografii prowadzonego przez Elżbietę Łubowicz (październik 2008)

Użycie cudzych fotografii we własnej twórczości – na przykładzie twórczości Jerzego Lewczyńskiego

Dzięki fotografii zatrzymałem część z tego co dotykało mojej fizycznej i psychicznej egzystencji. W tym zdaniu Jerzy Lewczyński zawarł swoje credo, które jak na artystę wielkiego formatu, wyprzedzającego trendy swojej epoki, wydaje się nie do końca tłumaczyć istotę fotograficznego medium. Urodzonemu w 1924 roku Lewczyńskiemu przyszło żyć w osobliwych czasach i obserwować wiele, nierzadko tragicznych, zjawisk. Przez dekady artystom, filozofom czy politykom istotą ich pracy i działalności wydawało się umiejętne tłumaczenie tych zjawisk i przekładanie czy przetwarzanie ich na zrozumiały dla człowieka język. Trudno podjąć się bardziej karkołomnego i smutnego zadania, jakim mogłoby być pojęcie tego, co przyniósł wiek XX. I jako fotograf Lewczyński nie sili się na to. Zatrzymuje to, co ważne dla niego jako człowieka, co dotyka go do głębi.

Spośród wielu fotograficznych cykli, które są jego dziełem, oprócz „Fototeatru” czy fotografii społecznej, na szczególną uwagę zasługują tzw. „fotografie znalezione” i archiwalia, z których Lewczyński tworzył swoiste zbiory i zestawy. Nie dlatego jednak są one ciekawe, że związany jest z nimi pewien teoretyczny i etyczny problem: a mianowicie, czy w sztuce cudzą fotografię można przedstawiać jako dzieło własne?. Efekt tych prac jest odpowiedzią na inne zgoła, jakże dla niego istotne pytanie: „Jak wkleić do albumu-życia te obrazy, które wracają z dalekiego czasu coraz to w innym oświetleniu dzisiejszego doświadczenia i poznania?”

Fotografie, które Lewczyński wynajdował, zawierają w sobie światło jakiegoś minionego czasu, ślad ludzi którzy odeszli, chwil, które nie wrócą. Jako że stare i nierzadko wydobyte spod gruzów, zakurzonych pamiątek czy wręcz uratowane od zniszczenia, noszą na sobie także ślady czyichś palców, zagięcia rogów, napisy i dedykacje, a także niewidzialne spojrzenia i emocje oglądających wcześniej ten skrawek światłoczułego papieru. Na zdjęciach tych bowiem najczęściej zobaczymy ludzi – czyjeś dzieci, rodziców, bliskich... Mogła być to fotografia ukochanej, noszona w kieszonce na piersi lub ojca w mundurze schowana wśród ważnych dokumentów. Ukochanej, która odeszła i ojca, który zginął na wojnie. Całe światy się rozpadły, a życia pokończyły. Zostały fotografie-pamiątki.

Lewczyński, eksponując je, dostrzega ich dodatkowy wymiar – wymiar konkretnego, materialnego przedmiotu. Tego skrawka papieru, który kiedyś zapisał za pomocą chemicznych odczynników daną chwilę. Patrząc na człowieka, którego nie znamy, a którego istnienie i wagę tego istnienia możemy sobie jedynie wyobrażać, stajemy oko w oko w dokumentem, zapisem i całą jego „fizjologią” – owymi zniszczeniami i niedoskonałościami. I to razem tworzy unikalny element przemijającej historii, nie przełomowych wydarzeń i wielkich postaci, lecz nieomal anonimowych istnień, które Lewczyński ponad wszystko chce uratować dla pamięci. Z gąszczu wydarzeń, milionów istnień ludzkich i miliardów zrobionych fotografii ogromnie trudno uratować od zapomnienia te najważniejsze z różnych powodów dla nas sytuacje. Ale właśnie przedstawiając jednostki, nieznane postaci, autor przywołuje całe rzesze istnień i całą masę wspomnień zasługujących na przetrwanie.

Wydaje się, że odpowiedź na pytanie dlaczego fotograf podąża tą drogą jest prosta. Niemniej warto również zastanowić się nad artystycznymi pobudkami takich zabiegów.

Oglądając „Tryptyk znaleziony na strychu”, „Negatyw znaleziony na ulicy”, „Negatywy znalezione w Nowym Jorku” – widzimy te pojedyncze chwile składające się przecież na czyjeś losy, całe historie i charaktery; ale w pierwszej chwili zastanawiamy się – gdzie jest autor? Dlaczego się ukrył, zasłonił czyjąś pracą, czyimś życiem? Dlaczego nie daje widzowi tego, czego zazwyczaj oczekuje się od artysty? Oryginalnej koncepcji, własnego pomysłu, dowodu na to, że jest się wybrańcem losu podsuwającym niecodzienny obraz. Lewczyński proponuje coś, co w pierwszym odruchu nie zaspokaja głodu obrazu i koncepcji, z którymi podchodzimy do fotografii. Poprzez proste zestawienia cudzych zdjęć, które jak zauważa Marek Janczyk w tekście „Otwieram i zamykam oczy”, są „obrazami rzeczywistości”, artysta nadaje im własne znaczenia. „Czyż nie jest zdumiewającą łatwość, z jaką Lewczyński tworzy własny komentarz do nieodgadnionej tajemnicy historii ludzkiego życia, kończącego się największą z zagadek: śmiercią?” – pyta dalej Janczyk.

Dla młodego odbiorcy twórczość Lewczyńskiego wydaje się być przyjmowana za pewnik. Utytułowany artysta, starszy pan, mówi o rzeczach ważnych, o śmierci. Na szczęście sięga po proste środki, zupełnie najprostsze narzędzia. Cudze fotografie. Oszczędza, mnie przynajmniej, formalistycznych komplikacji, które w zderzeniu w przekazem i tak nie miałyby racji bytu. Jako odbiorcę cieszy mnie fakt, że używa zwyczajnych wypowiedzi, czyichś, można powiedzieć, słów, co oznacza, że jest bardziej słuchaczem i „przekaźnikiem”. Jednocześnie mocno wierzy w prawdę obrazu, tę widoczną na pierwszy rzut oka i tę ukrytą w chemii. Prawdę, którą widział w obiektywie ktoś inny, jakiś inny fotograf, jakiś inny artysta. Na szczęście nie jest to kolejna postmodernistyczna żonglerka, a można powiedzieć – humanistyczna akcja artystyczna.

Paradoksalnie, sporo odsłania dla mnie Lewczyński ze swojej artystycznej wizji w znalezionych cudzych negatywach – czymś, do czego fotograf wydaje się nie przykładać ręki. Ot, znalazłem na ulicy, w czyimś domu. Bo chociaż nasze oko buntuje się nieco wobec takiego obrazu, to jednak jest to obraz najprawdziwszy, najbliższy światłoczułego materiału, migawki. Nieobrobiony, nie obrócony w pozytyw, lekko sponiewierany. Prawdziwy.

W zestawie, który zaprezentował Lewczyński na „Zamkniętym pokazie prac” w 1959 roku znajdowały się 3 fotografie przedstawiające napis na żydowskiej tablicy nagrobnej, żetony z szatni obozu w Majdanku oraz kartka z pisanymi rachunkami, przekreśleniami, poprawkami... Poprzez skojarzenia, jakie mogły wywołać, genialny w swej prostocie pomysł, przeskoczył do tych pokładów pamięci, które zawsze pozostaną święte. Elżbieta Łubowicz nazwała je patetycznymi alegoriami. A jednak to, co wywołują, to wciąż zwyczajne emocje, poruszenie wyobraźni, ukłucie w środku. Zresztą taka jest chyba intencja autora. W przedmowie do wystawy w Muzeum Historii Fotografii w Krakowie w 1999 roku, 75-letni wówczas fotograf napisał, że jego komentarz do wykonanych przez siebie zdjęć jest zbyt emocjonalny, za co z uroczą szczerością przeprosił.

Z fotografiami Lewczyńskiego na początku miałam kłopot, a zrozumienie jego pracy przechodziło kilka etapów. Dlaczego autor używa cudzych zdjęć? Na czym polega ta „sztuka”? Gdzie jest ten „oryginalny” pomysł? Moje wątpliwości powoli rozwiewały się chyba dopiero w obliczu wielkiego tematu – wojny, która w niewytłumaczalny czasami i nieoczywisty sposób towarzyszy wielu zdjęciom. A skoro o wojnie, to i w naturalny sposób mówią one o śmierci. Nie tylko jako o nieuchronnym końcu egzystencji, ale i o Barthesowskiej istocie fotografii. O tym, co zatrzymuje nas przy zdjęciu. Na co patrzymy ze świadomością minionego czasu i życia, a także straty. A jednocześnie siła tej fotografii polega właśnie na ocaleniu, na ponownym przywróceniu do życia, obiegu. Nadania nowego światła, również tego metaforycznego, czyli zrozumienia lub tylko próby zrozumienia naszych losów.

„Wkleić do albumu-życia te obrazy...” niestety to projekt niedokończony. Nie można przecież ocalić wszystkich. Ale można innych zainspirować. Chyba nieco nieświadomie dałam się uwieść fotografując najcenniejsze rodzinne pamiątki, tchnące już wilgocią, pozwijane fotografie.